krzara prowadzi tutaj blog rowerowy

krzara

Wrzucam na luz

Niedziela, 21 marca 2010 | dodano: 21.03.2010

Aspiryna Bayera na noc pomogła. Skurcze ustąpiły. Sięgam po nią profilaktycznie raz w miesiącu jeśli nie wiem co mi jest. Pomaga. Kiedyś na wszystko pomagała mi Eukardina. Podobno wycofali ją bo nie miała żadnych właściwości leczniczych. Mnie zawsze ratowa w różnych dolegliwościach i przypadłościach. Jesli dołożymy do tego magnez MgB6 oto cała moja apteka. Generalnie nie znam się na lekach. Parę lat temu gdy poskręcany skurczami nóg i rąk stawiłem się w przychodni kochana pani doktór zaaplikowała mi przez trzy dni, trzy razy dziennie po dziesięć tabletek magnezu (sic!). Zdębiałem. Podobno byłem całkowicie rozmagnezowany. Czym? Co wtorek i piątek fundowałem sobie blok wysokiego pocenia: dwie godz stadionu, następnie godzinę siłowni i dwie godziny sauny. Od 18:00 do 23:00. Noc po była koszmarem. Nie wiedziałem jak uwolnić się od skurczów. W lato dodatkowo pociło słońce.
Wyczuwając przyjacielskie rady niradhary dzisiaj wrzuciłem na luz.
Żadnych rannych pobódek - wyjazd po obiedzie godz 11:00.
Żadnego ścigania - chyba że z wiatrem.
Żadnego niepewnego posiłku - salseson ozorkowy.
Żadnego świństwa do picia - tylko coca cola do bidonu.
No i trasa mniej ambitna - bo płasko.
Jezioro w Jeziorze bo tam pojechałem razem z anwi, położone wśród lasów miało pokazać nam wszystkie oblicza wmówionej nam wiosny. Nic z tego. Zima ma się tam całkiem dobrze. Jezioro całe skute grubym lodem, żadnego ptactwa. Syberia.



Dojście do pomostów zdradliwe. Przez bagna przerzucone są kładki zrobione z potrójnych, cienkich belek. Na miejsce kontemplacji w sam raz.


autor

A za tydzień niedziela palmowa.



Zbyt ostro

Sobota, 20 marca 2010 | dodano: 20.03.2010

Pyszny, gęsty krupnik czekał na mnie po powrocie z wycieczki. Sam go rano wysmerfowałem.
Krupnik i ogórkowa to moja specjalność. Dają duże pole do popisu. Np. taka ogórkowa: w pon. z ryżem, we wtorek z ziemniakami, w środę z makaronem. Ilość możliwych podań to 3! (silnia) czyli 1x2x3=6. Przez 6 tygodni masz inną kolejność serwowania. Z krupnikiem podobnie a nawet jeszcze więcej bo to można i na żeberkach, i na kurczaku, nóżkach, golonce... Do tego na kaszy jęczmiennej, na ryżu, pęczaku... Mięsko pokrojone,włoszczyzna pokrojona, szklanka kaszy i wychodzi pychotka aż łycha staje w zupie.
No cóż, brakowało mi tego krupniku od pierwszych kilometrów. Znowu zaczynamy od Olsztyna. Celem inny zamek na Jurze - zamek w Mirowie. Miło popatrzeć na uwolnioną ze śniegów oziminę. Żegnaj zimo.



W brzuchu burczy. Było jabłko ale to pierdoła. Był snickers, coś tam dał ale na krótko. Tuńczyk z puszki do czterech pajd chleba zaliczony w połowie wycieczki jakoś był nietrafiony. A tu górka za górką. Wszystko przez tą dziewczynę z wiadrami wody. anwi miała mnie z nią zapoznać. Mieszka na czterdziestym km naszej trasy w Złotym Potoku, koło kościoła. Podjeżdżamy. Faktycznie niesie wodę w dwóch konwiach. Całkiem ładna , więc nie wypinając się z SPDów zatrzymuję się i niby o drogę pytam. Na Niegową.



I to był wyrok na dzisiejszą wycieczkę. Poniosło nas po górkach. Światek częstochowskich bikerów wie, że tereny Niegowej dają w kość. Żal mi było Anwi bo to miała być wycieczka na luzie. Planowała wypatrzeć i sfotografować wszystkie, pierwsze wiosenne kwiatki. Jakoś całkiem niechcący pokrzyżowałem jej plany. No bo jak tu odpuścić możliwość poprawienia życiówki. Wspinamy się pod ambitną, długaśną górkę za Gorzkowem. Wiatr w twarz, więc myślę gdyby tak z tej górki, i z wiatrem? Może choć trochę zbliżę się do życiówki kajmana (240km/h). U mnie jak coś zaświta to nie walczę już z tym. Strata czasu. Działam. Anwi zmaga się z górą a ja już mknę z powrotem. Trudno coś za coś. Przyjdzie wdrapywać się jeszcze raz. I wyszło



No dobra a co z wiosną?
Była. Była na targu. Toż to najwyższa pora zaopatrzyć się w nasiona.



Jedziemy do Mirowa ale jakoś tak wyszło od d.. strony, przez Bobolice. Po drodze w Niegowej



Jest i zamek w Bobolicach



Jest i zamek w Mirowie



Kasa notabli i programy unijne robią swoje. Unia dofinansowuje nie tylko rewitalizacje zamków ale i mniejsze przybytki co widać po niebieskich, eleganckich napisach na wiejskich Toaletach.



I tak zwiedziwszy kilka odnowionych obiektów, zawarwszy nowe a ciepłe znajomości, przemierzywszy dotąd nie znane dukty, w dobrych, bo już wiosennych nastrojach wracamy przez kochany Olsztyn do domu. Aż tu nagle...Może z siedem km od domu, zaczęło uchodzić ze mnie powietrze. Anwi wyszła na czoło a ja odpadam i konam. Totalna słabość, skurcze obu ud, dreszcze. Przywodziciele sztywnieją, mroczki w oczach. Wyszło zbyt ostre, wiosenne tańczenie po górkach. Za wcześnie, za wcześnie kwiatuszku jak mawiała moja kochana mama. Trzeba poważniej podejść do początku sezonu. Zajrzeć do literatury, poczytać. Budować bazę itp, itd.
Pisząc to o północy dalej walczę ze skurczami. Od dwóch lat brałem codziennie magnez. Działało. Od trzech tygodni przestałem. Błąd.



Pacemarker

Czwartek, 18 marca 2010 | dodano: 18.03.2010

Mój klub Zabiegani wytypował mnie do roli pacemarkera prowadzącego rowerkiem czołówkę 2 Biegu Częstochowskiego (10km). Zdrowo namieszali mi w głowie. Spadło to na mnie jak grom z jasnego nieba. Odebrałem propozycję jako wielkie wyróżnienie więc nie mogłem odmówić. Bieg ma się odbyć 17 kwietnia na dwóch pięciokilometrowych pętlach wokół klasztoru Jasnogórskiego. Znam trasę bo startowałem rok temu w pierwszej edycji. Niewiadomą jest wcielenie się w nową dla mnie rolę pacemarkera. Mam prowadzić czołówkę, jadąc 20-30m przed nią. Zważywszy, że elita (w ubiegłym roku dwóch Kenijczyków) napiera z prędkością średnią 20km/h, (zwycięzca miał 30:51) to zadanie to nie jest takie proste. Trasa ma trzy długie podbiegi i sporo bruku.
Dzisiaj, przywdziawszy żółtą, odblaskową kamizelkę postanowiłem zmierzyć się z czekającym mnie wyzwaniem. Kumple od paru tygodni, co czwartek o godz 20:00 trenują na trasie biegu. Śnieg znika więc mogłem dołączyć do nich i wczuć się w rolę tego jak mu tam...
Pierwsza przymiarka wypadła zadawalająco. Trenowałem spoglądanie za siebie i kontrolowanie stałej odległości od czołówki. Nie było to zbyt trudne bo wolne tempo biegu na treningu 12-16km/h ułatwiało mi zadanie. Co będzie jak trzeba się będzie zmierzyć z tempem 15-25km/h a może większym?



VI LO (14)

Poniedziałek, 15 marca 2010 | dodano: 16.03.2010

Kolejny, oby ostatni zimowy wyjazd na salę.
Ślisko.



Idiota w mokrych skarpetkach

Niedziela, 14 marca 2010 | dodano: 14.03.2010


autor w momrych skarpetkach

Chlupanie w SPDach po kilkunastu kilometrach jazdy w warunkach zbliżonych do zimowych nie wróżyło nic dobrego a już na pewno nie bicia rekordów. No chyba że rekordów głupoty. Jako niepoprawny optymista dałem się wrobić żelaznej anwi w niedzielny pasztet. A zapewniała, że o wyjeździe zadecyduje rano pogoda. No cóż, trafił swój na swego. Team idiotów. Ocena miarodajnej pogody była tendencyjna i zbyt optymistyczna.
Zgodzę się co do jednego. Potrzebowałem rześkiego powietrza, jako że po wieczornej, rodzinnej imprezie tylko podanie dużej ilości tlenu i wszelki skuteczny sposób wypocenia toksyn mogły przywrócić mi radość wolnego dnia. Na wszelki wypadek, tak aby za wcześnie nie poddać się kuracji, zastrzegłem sobie nietykalność do godziny ósmej. W ten sposób mogłem cokolwiek odespać i miałem czas na łagodne spionowanie się. Ileż radości sprawił mi sms od Anwi o 8:21 „Przejaśnia się. Pora wsiąść na rower. 9:30.” I nie chodziło tu bynajmniej o optymistyczną prognozę pogody ale o ten półgodzinny bonus. Wszak mieliśmy wystartować o 9:00. Ładnie to zrobiła.
Nie targowałem się o zwiększenie bonusu gdyż odczytane to byłoby jako wymiękanie. Pozostało ewentualnie negocjować ale już w czasie jazdy, długość wycieczki. Jak się później okazało nie było to trudne bo i Ona w miarę szybko poczuła wodę w butach i przywdziała pięknego borsuczka na kurtce i spodniach zrobionego przez mijające samochody. Trudno mieć pretensję do kierowców bo omijanie kałuż było niemożliwe. „Mają czego chcieli” zdało się słyszeć z ich strony.
W tak brzydkich okolicznościach, aby nie popaść w deprechę (a w butach cały czas chlupie i palce nóg kostnieją) wymyśliłem sobie, że może mnie uratować tylko stymulacja pozytywna.
Zaczynam szukać piękna w brzydocie, w ruinie, w beznadziei by nie powiedzieć w cierpieniu.
Moja ambicja sięgała dalej niż fotografowanie brei i kałuż na asfalcie czy zachlapanego stroju. Motyw pojawił się w miarę szybko gdyż przejeżdżaliśmy przez biedne, podupadłe wioski. Stare, drewniane, niestety jeszcze niejednokrotnie zamieszkałe chaty. Pojawiały się jak na castingu i wspaniale pozowały.


Chata pierwsza - widok z ulicy


Chata druga - widok z ogrodu

Już roztaczałem wizje, że nacykam ich kilkanaście.
Niestety kosztowało mnie to kolejnymi wyziębieniami i gonieniem Anwi. Do dupy (jakby powiedział mój syn, który łaje mnie zawsze za brzydkie słowa) z takim fotografowaniem, i z taką jazdą. I to w dodatku nieswoim aparatem. Skończyło się na trzech chatach w tym jedna nie wyszła.
Byłem zdesperowany do tego stopnia, że w Janowie, na 42 kilometrze (chyba sprawka mojego osobistego anioła) kupiłem za 3,99zł w sklepie (jak dobrze, że nie wprowadzili zakazu handlu w niedziele) skarpetki.
Przy kasie odliczyłem dodatkowo cztery foliowe reklamówki, po dwie na nogę i znowu powiało ciepłym, niepoprawnym optymizmem. Chyba wytrzymam do domu.
Rowerzysto!
Ważne jest picie w bidonie, ważne jest wygodne siodełko. Ale pomyśl przed jakimś tam "idiotycznym" wyjazdem czy nie zabrać zapasowych skarpetek. Nie licz na sklep. Twój anioł może przegapić sprawę.

PS
Anwi, dzięki Tobie wyszła kolejna, fajna niedziela.



VI LO (13) - po Biegu Piastów

Poniedziałek, 8 marca 2010 | dodano: 08.03.2010

Zimno. Mroźno. Ciemno. Późno. Nie rowerowo. Mimo to jadę z medalem w plecaku na zajęcia Klubu Ludzi Aktywnych "Zabiegani". Przyjęto mnie prawie jak Justysię powracającą z Vancouver. No i rozgadałem się w szatni. Bo to nie była Polarna wyprawa zuchów a królewski dystans 50km Biegu Piastów.
Wywalczyłem 807 miejsce. W ubiegłym roku było 1010. Jest dobrze.

moje relacje z Biegu Piastów
PS
Sorry, że tak mało o rowerze.


Startowa Polana Maliszewskiego


najlepsi - pierwsza dwusetka na żółtych numerach


kolejne sektory (nr 201 do 2000) na chwilę przed startem


na trasie


miło mijać niższe numery


i trochę odpocząć na zjazdach


upragniona, kolorowa meta



VI LO (12)

Poniedziałek, 1 marca 2010 | dodano: 01.03.2010

Nareszcie niezimowa jazda. Trochę utrudnia jazdę pozimowy piach zalegający na ścieżkach rowerowych.
Przedwczoraj startowałem w ZiMNaRze (Zimowy Maraton Na Raty) w Lublińcu. Ideą tych zawodów jest pokonanie zimą 42,125 km podczas siedmiu kolejnych sobót. Czyli 6cio kilometrowych dystansów. Zaliczyłem symbolicznie tylko ostatni. A więc na sali było o czym pogadać. A kumple biegają świetnie. Ja nienawidzę biegania. To że biegam i to całkiem często, to czysty masohizm.



O! Lala! i O la la!

Niedziela, 28 lutego 2010 | dodano: 01.03.2010

O! Lala! i O la la!


autor

Jeśli podejść do tego chronologicznie to powinienem zacząć od ,,O! Lala!” czyli od cudownych lal stojących na parapetach herbaciarni.
Jeśli na żywioł to „O la la!” było najmocniejszym akcentem dzisiejszej wycieczki.
Wybieram to drugie bo jeszcze długo będzie mi to spędzać sen z oczu i na pewno będę opowiadał o tym wszystkim bikerom jako rowerową anegdotę.
A więc było to tak.
Gdzieś na siedemdziesiątym kilometrze, w drodze powrotnej,
anwi zarządziła popas. W zasadzie nie jesteśmy głodni bo jedziemy jeszcze na czerwonym barszczyku z pasztecikiem. Ale w plecaku wiozę chrypiące bułki z szynką, kupione wcześniej, po drodze przez Anwi i głupio byłoby dowieźć je do domu. Jak prawie zwykle, zgodnie wybieramy miejsce na posiłek. Wycinka poranionego zimą przydrożnego lasu. Przygotowane do wywózki pnie drzew ławami i stołami naszego poobiadku.
Cykam kilka nieudanych fotek (i tu mam problem, wrzucić choć jedną jako dowód mojej prawie zwykle prawdomówności czy wyrzucić wszystkie do kosza). Wybieram to pierwsze bo to ewidentnie działa na moją korzyść. W końcu o jakieś plusy człowiek musi zadbać.



A więc po bułce, po pysznej bułce, chyba kajzerce (ale mogę się mylić bo ja preferuję tradycyjne duże i tylko takie kupuję). Po łyku powerada (przyzwyczajam się do częstego picia ale małymi ilościami).
Zajęło to nam może kilkanaście min i w drogę. Wytaczamy się na główną asfaltową a nią pomyka rasowy kolarz. Na góralu, semisliki, bez błotników, ubiór i ogólnie wszystko wskazuje na fachowca a ja jak prawie zwykle takiego rozpoznam. Przemyka obok nas i rzuca wesołe ,,witam”. Nie wiem czy usłyszał w odpowiedzi nasze ,,witam” bo już był daleko w przodzie. Gość jest w porzo ale wyczuliśmy w jego głosie ciepłą, powiedziałbym niby bezbolesną ironię. No bo biker bikera nie powinien urazić. Jeśli już to w równej walce na zawodach. Wiem że chciał powiedzieć <<Jak to miło zobaczyć parę staruszków jeszcze nie wiosną, na rowerach i to w kaskach, i to w całkiem niegłupim ubraniu rowerowym. A że macie założone błotniki, opony z grubymi klockami i plecak z dobytkiem to wybaczalna zapobiegliwość>> .
Jak to sobie wszystko wyobraziłem, jak to wszystko dotarło do mojego ego, reakcja mogła być tylko jedna. Synku, trochę pokory. Synku, nie lekceważ żadnego bikera. Choćby ci się jak prawie zwykle wydawało że masz rację. Ok., babe wyprzedziłeś boś młodszy i lepszy ale po co szpanujesz.
Oczywiście nie mogłem od razu spróbować dać mu nauczkę. Nie odważyłbym się zbyt pochopnie ryzykować aby nie wystawić się do wiatru. A propos wiatru to go akurat nie było. To znaczy był ale jakby go nie było bo wiał w tę samą stronę czyli nam w plecy i przy dużych prędkościach nie odczuwało się go. Zauważyłem, że młody ciągnie równo a my weszliśmy na wyższe obroty i nie tracimy do niego dystansu. Odezwała się we mnie sportowa żyłka i postanowiłem podciągnąć do niego. Głupio mi trochę było bo musiałem odskoczyć od Anwi. Czasami toleruje moje rowerowe odskoki. Nawet wydaje mi się, że zachęca mnie do nich (a niech się podmęczy). Z ogromnymi wyrzutami sumienia ruszyłem w pościg. Na swoje usprawiedliwienie dodam, że starałem się, a ja jak prawie zwykle staram się, podczas całej, dzisiejszej, wietrznej jazdy kontrolować narzuconą, ostrą prędkość i robić zasłonę od wiatru dla Anwi. Kości zostały rzucone. Cisnę do młodego z zamiarem uczepienia się go i jechania jak najdłużej z nim na kole. Niech trochę zmieni zdanie chociaż o mnie. Udało się mimo lekkich wzniesień ale moja niezła prędkość zachęca mnie do dalszego ataku. A gdyby tak wyskoczyć przed młodego? Choć trochę poprowadzić? Widzę że młody nie ciśnie aż tak bardzo z górek więc mnie w to graj. Dołożyłem i mam go za sobą. A jak za sobą to nie oglądając się cisnę z każdej górki na maksa. Może mu odjadę. Droga dobra, asfalt suchy. Bujam się. Kilometry mijają. Czekam na moment aż z mojej lewej strony ukaże się młody, pociśnie i odjedzie mi. Nie mam odwagi spojrzeć za siebie. Wreszcie jest! Widzę obok czubek jego przedniego koła.
Żal odpuścić przy pierwszym ataku. Dokładam. Licznik pracuje w zakresie 35-45. Kolejne ataki młodego. Raz z lewej raz z prawej ale nie może mnie wyprzedzić. Nie pozwalam mu się nawet zrównać ze mną. Błyska mi tylko jego przednie koło. Wiezie się. To mi wystarcza. Postanawiam powalczyć z nim do Konopisk a więc jeszcze ze dwa kmy i tam poczekać na Anwi. Przeproszę ją później za nieeleganckie zachowanie. Na pewno wybaczy jak zwykle.
Jak dam radę to gościu pęknie z wściekłości. Widzę wieżę kościoła, jest dobrze, dojeżdżam do skrzyżowania, zwalniam i po raz pierwszy oglądam się za siebie by z uśmiechem spojrzeć w oczy młodemu.
Anwi to Ty?! Niemożliwe! O la la!
A gdzie młody? „Chyba nie dał rady i jedzie gdzieś za nami”

A teraz o prawdziwych lalach.
Gdzieś na sześćdziesiątym kilometrze Anwi zarządziła obiad. Oczywiście obiad w wykonaniu bikera, który ma przed sobą pięćdziesiąt kilosów i małą kieszonkę na kasę to nie schabowy z lampką wytrawnego wina. Pada propozycja czerwony barszczyk z pasztecikiem. Jak prawie zwykle nie marudzę i zgadzam się choć w podobnej cenie kusi jeszcze kilka propozycji. Cena właściwie wzięta z kosmosu bo całe 3,50. Człek nie wie czy się nie pomylił. A do tego to wszystko dzieje się w uroczej herbaciarni (sic! – tu żadnych, nawet piwnych procentów nie uświadczysz). Obiekt, dawny budynek folwarczny stojący z boku pałacyku w Koszęcinie - siedzibie zespołu Śląsk, który przy dofinansowaniu UE zamieniono w nowoczesny Klub Artysty, z zewnątrz nie przyciąga i nie zaprasza niewtajemniczonych. Gdyby nie dociekliwość Anwi przejechalibyśmy obojętnie obok niego. W lecie parasole na zewnątrz coś sugerują. Teraz ich nie wystawiono a napis na drzwiach skromniutki. Stawiamy rowery pod oknem co by mieć na nie baczenie i zaglądamy do środka. Puchy. Po prawej kameralna na cztery stoliki herbaciarnia. Po lewej hol ze skórzanymi kanapami i wielka sala klubowa. Na górę (część muzealna i hotelowa) prowadzą eleganckie, drewniane schody. W herbaciarni, za bufetem jak się później okazało urocza, elegancko ubrana, rozmowna (od razu domyśliłem się bo ja jak prawie zwykle słusznie domyślam się) Pani Basieńka, była członkinia Zespołu Pieśni i Tańca Śląsk. A takie oprócz tańczenia i śpiewania musiały obowiązkowo być ładne. To już siedemnaście lat minęło jak odeszła z zespołu ale emanuje nim nadal. Pani Basieńka przygotowuje zamówienie a my okupujemy stoliczek przy pianinie i oknie z rowerami.
A na parapecie okiennym - lala. Upięte zasłonki czy firanki, nie wiem bo jak zwykle tego nie rozróżniam tak jak sukienki od spódnicy, tworzą coś w rodzaju kurtyny rozsuniętej na boki. Drewniany parapet sceną a głębia okna scenografią. A jakaż może być milsza scenografia dla bikera jak nie jego rower? Lala występuje. To musiało znaleźć się na zdjęciach dla BS.



Kolejne sceny – drugie i trzecie okno, kolejne artystki.
Kierownikiem artystycznym Pani Basieńka a lale to jej część prywatnej kolekcji.



Na nogach obłocone SPDy, przepocone koszulki rowerowe, plecak i kaski obok stolików a tu powiało Kulturą. Kameralny lokal służy artystom w tygodniu podczas ich codziennej pracy, to i wystrój odpowiedni a i ceny pracownicze. A artyście trzeba podać elegancko. Bo artysta to esteta. Iwona w rozmowie nawiązuje do jednego ze scenografów ZPiT Śląsk, który pracował swego czasu w częstochowskim teatrze. Zabłysła. Woda na młyn. Jako, że lokal pusty a przed nami domówiona herbatka, wdajemy się w dłuższą rozmowę z Panią Basieńką. O tym jak z mężem baletmistrzem kilkakrotnie robiła turne po Stanach i Australii wraz z zespołem. O tym jak ciężko tańczyć i jednocześnie śpiewać. O Stanisławie Hadynie, o obecnych realiach zespołu. Ale jak prawie zwykle brakuje czasu. A więc „Do zobaczenia”. Tu się chce wracać. Super meta.


autor



S1

Czwartek, 25 lutego 2010 | dodano: 25.02.2010

Proste jak świński ogon a dopiero dzisiaj, po trzech latach na to wpadłem.



VI LO (11)- "Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę...."

Poniedziałek, 22 lutego 2010 | dodano: 22.02.2010

Dupa boli po trzytygodniowej przerwie. Znowu trzeba będzie ją uformować do siodełka.
Druga ważna sprawa to ubytek wielu, nawet kilkudziesięciu tysięcy kcal. Biegałem w Jakuszycach z pulsometrem. Dziennie 40 - 50km i w ciągu 4godz traciłem przeszło 2500kcal. Niby uzupełniałem to kilkoma żywcami ale to chyba za mało. Jem na okrągło bo cały czas czuję głód.
Ten dzisiejszy, wieczorny rowerek to wielka kicha. Wy to jeździcie sobie z jakimś ciekawym celem i ubarwiacie fotkami to to, to tamto. A ja po ciemku pomykam wzdłuż lini tramwajowej jak jakiś nocny tramwaj. Żeby było śmieszniej to zajęcia dzisiaj odwołano i po 8km pocałowałem klamkę zamkniętej sali. Może lepiej byłoby oglądać jak nasi "zdobywają" medal w skokach drużynowych na igrzyskach w Vancouver.
I trzecia ważna sprawa. Nie skończyłem jeszcze z biegówkami więc możecie spokojnie nie zaglądać na mój blog przez kolejne dwa tygodnie. I tak szalonego Kajmana już nie dogonię. Podpadam u Anwi, Niradharay i Alistar. Na pocieszenie pozostaje mi dojrzewające winio z dzikiej róży i pyszna nalewka z tarniny (Anwi, ja tylko dwa razy próbowałem czy nie psuje się).
Ale jak sobie zaśpiewałem Skaldów...a szło to jakoś tak..."Ja jeszcze z wiosną się rozkręcę, ja jeszcze z wiosną się roztańczę..." to wdzięczny jestem Osieckiej za wlanie we mnie i otuchy i wiary. Ona też chyba lubiła jeździć na rowerze. A ja też lubię tańczyć.