krzara prowadzi tutaj blog rowerowy

krzara

Tygodniowa, wiązanka melodii rowerowych

Piątek, 25 marca 2011 | dodano: 25.03.2011

Pn - 24km (praca, sala gimnastyczna)
Wt - 16km (praca, Urząd Skarbowy)
Cz - 25km (trening pacemarkera Biegu Częstochowskiego, sauna)
Pt - 20km (61 Masa Krytyczna, pralnia)



Jura - asfaltowo

  • DST 112.00km
  • Aktywność Jazda na rowerze
Poniedziałek, 21 marca 2011 | dodano: 21.03.2011

Blisko zera ale na plusie. Ostro kręcimy z Sikorem na umówione spotkanie z Anwi w Janowie. Only asfalt. Ostatnie 14km z Olsztyna do Janowa podczepiamy się do mijającej nas grupy szosowców. Chyba wykrzesałem z siebie coś więcej niż zwykle. Fakt, nie byli złośliwi i pozwolili nam wieźć się na kole. Dla mnie, na góralu, nie odpaść to też wyzwanie i frajda. Dzięki chłopaki.
Przed Janowem doganiamy jeszcze kumpla, Roberta STI, który góralem pomyka w tym samym kierunku. Mordy uśmiechnięte, wesoło. Ale co z Anwi? Telefon częściowo wyjaśnia sprawę. Zmiana planów.
Proponuję Sikorowi kolejne 40km asfaltu. Gorzków, Ludwinów, Trzebniów, Moczydło, Żarki, Suliszowice, Zaborze, Biskupice, Olsztyn. Sikor, zna dobrze rzemiosło kolarskie, startuje w maratonach rowerowych. Trudno przy nim odpocząć. W Zaborzu ponownie dzwonię do Anwi.
Pojawia się szansa na spotkanie przy żurku w Leśnym Barze w Olsztynie. Jedziemy.
Jura w ostatnim dniu zimy zasypana śniegiem. I czego kochana zimo walczysz? Twoje godziny są już policzone. Nie wygrasz z Wiosną. Przyniosłaś mi tyle wspaniałych wrażeń na zimowych, rowerowych wypadach. Długo cieszyłem się biegówkami. Wystarczy. Daj planowo wystartować wiośnie.
W Leśnym gwarno. Co tu się będzie dziać jak rowerzyści ruszą na Jurę.
Proszę o trzy żurki: dla Anwi, Sikora i dla mnie.



Z gara kuchni żydowskiej

Poniedziałek, 14 marca 2011 | dodano: 14.03.2011

składniki
2kg ziemniaków
1kg żeberek wieprzowych
2-3 cebule
kostka smalcu
-----
przyprawy
sól, dużo pieprzu
-----
naczynie
garnek emaliowany
-----
sposób przyrządzenia

Ścieramy ziemniaki na tarce, dodajemy pieprzu i soli. Kroimy cebule w kostkę. Porcjujemy żeberka.
Wkładamy do garnka wysmarowanego smalcem warstwami: ziemniaki, żeberka, cebula, ziemniaki, żeberka, cebula, itd...aż do zapełnienia garnka.
Przykrywamy folią aluminiową i wkładamy do pieca (piekarnika) na dwie godziny w temp. 180st.

To najprostszy przepis na ciulim czyli spolszczoną, ziemniaczano-mięsną zapiekankę kuchni żydowskiej. Gdyby tak jeszcze piec ją tradycyjnie siedem godzin w piecu chlebowym opalanym drewnem sosnowym byłby odlot.

Jedziemy z Anwi na gotowca, do Lelowa. Jedliśmy tam w zeszłym roku gęsie pipki i obiecaliśmy sobie zawitać ponownie, skosztować kolejnych, żydowskich potraw.


Wyglądem przypomina bigos ale kapusty tu nie uświadczysz
Niestety nie sprawdziliśmy jak pasują do siebie: ciulim i

Zdecydowanie popitniejsza jest ta tańsza 50%-towa. Co rusz chłopy wpadali i sety szły w ruch.
Ale nie samą tradycją człek żyje więc żegnamy miłą panią Gosię z restauracji Lelowskiej i obiecujemy kolejną wizytę. Tym razem na czulent.

Zabrałem ze sobą kilka folderów naszego Biegu Częstochowskiego. Jeden przyklejam przed piekarnią w której pieczony był nasz ciulim.


Misje wypełnione, wybieramy drogę powrotną przez Przyrów.

On jeszcze tu nie był. Ma dopiero tydzień. Nowy. Nie wie co kapeć, zakleszczony łańcuch, podarte siodełko, wytarte chwyty, zdechły amor, zjechane opony, szwankująca przerzutka...
Sprawia wrażenie lekkiego i szybkiego. Nawet, mimo kół 28" ma dużo z sylwetki górala. Chyba geometria ramy robi takie wrażenie.

Na rynku miły, częstochowski akcent.

Należą się Przyrowianom słowa podzięki. Nie wiedziałem o tym.

PS
Wycieczka rowerowa to jak partia szachów.

Białe to my:
Chęci, zdrowie, siły, pomysły, refleks, mapy, ubranie, jedzenie, sprawny rower, przyjaźń, dobrzy ludzie, kasa...
Czarne to oni:
Kapeć, wietrzycho, deszcz, zimno, zamknięte, choróbsko, kontuzja, defekt, pusty bidon, skurcze, źli ludzie, dziurawa kieszeń, deprecha...
Gramy! I do nas należy pierwszy ruch.



Po XXXV Biegu Piastów .

  • DST 61.00km
  • Teren 20.00km
  • Aktywność Jazda na rowerze
Piątek, 11 marca 2011 | dodano: 11.03.2011

Niedziela. Wolno pomykam łyżwą w kierunku schroniska na Orlu. Cały czas myślę o wczorajszej, czterogodzinnej walce tu na trasach Jakuszyc w cudownej scenerii Gór Izerskich. Rano o siódmej wybiegłem na półtoragodzinną, górską zaprawę. Teraz dwie godzinki biegówek (trenowanie łyżwy). Szukam swojego miejsca w szeregu. Radość uskrzydla i na pewno pozwoli szybciej zregenerować siły. Dzisiaj, luz-blues.
Mija mnie dwóch kapitalnie usprzętowionych i kolorowo ubranych rowerzystów. Na pewno chłopaki z Bikestats`u. Niecodzienny widok. Śmigają obok narciarzy. Ubity śnieg, szeroka trasa, nic tylko opony z kolcami i na wyprzódki z narciarzami. Zazdroszczę.











i meta!


Pokusiłem się o małą relację z biegu

Trudne chwile numeru 821 - XXXV Bieg Piastów

Trzy zadania postawiłem sobie przed czwartym już startem w Biegu Piastów.
Po pierwsze - nie szarżować i szczęśliwie ukończyć bieg, wiedząc, że przez cztery godziny napierania można nieźle narozrabiać.
Po drugie - wywalczyć bliższy, czwarty sektor startowy na 2012 rok. Startowałem z nr 821 a więc z piątego sektora dla nr 800 – 1000. Każdy sektor liczył po 200 zawodników i wypuszczany był co minutę. Generalnie numery startowe przydzielane są na podstawie wyniku osiągniętego w roku poprzednim. Niższy nr startowy nobilituje każdego zawodnika i stwarza mu bardziej komfortowe warunki walki na trasie. Nie trzeba przebijać się przez słabszych zawodników a i tory są mniej zjechane.
No i po trzecie (póki co) - nie dać się wyprzedzić żadnemu z Zabieganych. Mają do tego prawo na wszystkich biegach ”z buta” ale jeszcze nie na biegówkach. W końcu i ja muszę co jakiś czas dojść do głosu wśród Zabieganych a nie tylko utalentowana młodzież i urodzeni biegacze.
To ostatnie, honorowe zadanie było o tyle ułatwione, że na 50 CL zdecydował się jeszcze tylko jeden Zabiegany – Mateusz ale i on był potencjalnym zagrożeniem jako że startował czwarty raz i w ubiegłym roku zrobił dobry wynik na 26 CL.
Tak zmotywowany dopieszczałem wieczorem, dzień przed startem, przez ponad dwie godziny swoje ukochane ale niestety spracowane Madshus`y. Jako jedyne w mojej stajni, choć z dobrej półki, zasłużyły już na emeryturę. Cztery sezony treningów i startów, niejednokrotnie porysowane i stępione od płużenia i jazdy po oblodzonych torach to najwyższy czas by pomyśleć o godnych następcach, choćby Fischerach XC. Póki co stanęły w torach XXXV Biegu Piastów na Polanie Jakuszyckiej by nieść bezpiecznie swojego pana nie po laury, nie po nagrody ale wykonać postawione zadania i ku chwilom euforii rodzącej się spontanicznie po 50 kilometrach, pod bramką „META”.
Dzisiaj, wracam jednak myślami do tych najtrudniejszych chwil na trasie gdy przez moment przelatuje przez głowę myśl „to już jest koniec”. Długo nie trzeba było czekać. Tuż po starcie, na pierwszym kilometrze, za strzelnicą biatlonową spotyka mnie niecodzienna przygoda. Szykujemy się do zakrętu w lewo. Przede mną, po lewej mam gościa, który niefortunnie wbija kijek w mój tor. Wjeżdżam lewą nartą w kółko talerzyka jego kijka. Po wiązania. Gość tańczy próbując złapać równowagę przy zablokowanym przez moją nartę kijku. Być może brak jeszcze zmęczenia pomaga mi w utrzymaniu równowagi, w miarę szybkim wysunięciu narty z krążka i wyjściu cało z opresji i zakrętu. Gość zalicza pobocze.
Jak każdy mam nadzieję, że zbyt dużo takich niespodzianek nie będzie na trasie. Niestety, niebawem bo już na trzecim kilometrze, zjeżdżając wijącą się, oblodzoną rynną zbliżam się grupą do zakrętu, na którym leży kilka osób. Za ciasno na ominięcie. Wynosi mnie. Na szczęście kończy się na przejechaniu czyichś nart i małym balecie. Za sobą słyszę krzyki i przekleństwa. Trasę znam więc pocieszam się, że dalej będzie spokojniej i kolejna pętelka do schroniska na Orlu, kilkakrotnie objechana na treningach da wytchnienie. Tabliczka z ósmym kilometrem. Szeroka trasa. Dobra prędkość. Zjazd z zakrętem w prawo pod kątem 90 stopni. I znowu widzę kilku leżących skotłowanych zawodników, którzy nie zebrali zakrętu i leżą w zaspie. Biorę poprawkę na nich i wchodzę środkiem w zakręt. Nagle ktoś jadący z mojej prawej strony, po wewnętrznej podcina mnie i dokłada do leżącej trójki. Jestem na wierzchu kupy zawodników więc pierwszy wstaję i ruszam. W tym momencie najeżdża na mnie kolejny zawodnik, wali w plecy i dokłada mnie do leżącej innej dwójki. Panowie, wystarczy! Kolejna gleba, kolejne odrabianie strat. Teraz kilkukilometrowy podbieg. Podbiegi maja ten plus, że są bezpieczne. Narty świetnie trzymają. Cieszę się, że trafiłem ze smarami. Niektórzy przechodzą na jodełkę , mnie trzyma na wprost. Myślę o kolejnej, zbliżającej się pętli na Krogulcu. Moja ulubiona pętelka. Znam ją na pamięć. Z fajnym, lewym zakrętem. Ale cóż, woda sodowa uderza do głowy. Szybki zjazd, przede mną dziewczyna szerokim pługiem tarasuje trasę. Krzyczę „prawa wolna”. Dziewczyna puszcza mnie z prawej więc wchodzę w zakręt ale ten mój pług jest wąziutki a ranty tępe. Jak idiota wyprzedzam na zakręcie. Na szczęście po zewnętrznej więc tylko sam ładuję się w zaspę przed drzewem nie stwarzając zagrożenia dla innych. Zahaczyłem czubkiem narty o stertę narzuconego śniegu. Leżę bez ruchu ze skrzyżowanymi nartami tak aby nadjeżdżający nie zahaczyli o moje narty. Kątem oka widzę jak kilkunastu a może kilkudziesięciu zawodników mija mnie i czuję, że utopiłem w tej zaspie na własne życzenie dobry wynik. Prawa narta wykręcona o 180 stopni, but wykrzywiony w wiązaniu w nienaturalny sposób. To już jest koniec. Na pewno poszło wiązanie. W przerwie między kolejną grupą nadjeżdżających zawodników z trudem pionuję się. Czuję jak but lata w wiązaniu. Znowu przeleciało „to już jest koniec”. Nawet myślę jak zejść z trasy. Wściekłość. Podobną sytuację miałem dwa lata temu i wtedy wiązania wytrzymały. Więc może i teraz da się dalej jechać? Pomału ruszam obserwując wiązanie. Modlę się aby wytrzymało. I znów walczymy. Czy uda się chociaż częściowo odrobić straty? Jest wytrzymałość, jest wola walki. Mijam zawodników z niższymi numerami więc może się uda. Rezygnuję z dwóch bufetów i już kilka pozycji do przodu. Szybka żelka i napieramy. Wreszcie wykorzystuję pchanie, jednokrok, dwukrok. To daje większą szybkość od typowego biegania. Zjeżdżamy Dolnym Duktem Końskim na Polanę Jakuszycką. Tam już rozpoczęła się ceremonia dekoracji. No cóż najlepsi przybiegli przeszło półtorej godziny przede mną. Słychać jak cała polana świętuje ale i gromkimi brawami przyjmuje kolejnych, wpadających zawodników. Ostatnia prosta. Tu dajesz z siebie wszystko.

Numer startowy: 821
Zajęte miejsce: 778
Czas: 4:06:26
Ukończyło: 1509

Wróciłem. Start udany choć mogło być lepiej. Od poniedziałku przesiadłem się na rower. I znowu do pracy, na salę, na saunę. Nuda? Chyba nie?



Tygodniowa, wiązanka melodii rowerowych

Środa, 2 marca 2011 | dodano: 11.03.2011

Rowerowy tydzień skrócony bo w czwartek rano wyjeżdżamy dwudziestoosobową grupą do Szklarskiej Poręby. W sobotę mój czwarty start w Biegu Piastów. 50km CL.
Rowerem codziennie do pracy a w poniedziałek na trening Zabieganych na salę gimnastyczną.



Zabawa w speleologów - Jaskinia Ludwinowska

Niedziela, 27 lutego 2011 | dodano: 27.02.2011

Ludwinów. Napotkany miejscowy chłopiec wskazuje wzgórze gdzie należy szukać jaskini.
Podpowiedź okazuje się bezcenna. Zaoszczędzi nam to sporo czasu. Rozległe wzgórze porośnięte drzewami i krzewami. Ścieżki zatarasowane pochylonymi i powalonymi drzewami po zeszłorocznym katakliźmie. Pokonujemy kłębowisko wszechobecnej leszczyny, co rusz zaplątując się w pędy jeżyn i hacząc o kolczaste, bezlistne krzewy. Iwona zostawia rower w połowie drogi, ja pcham się dalej pod górkę z rowerem. Po kilometrze napierania bezbłędnie trafiamy pod otwór jaskini.

Jaskinia Ludwinowska - plan


Mamy jak zwykle odrysowany plan jaskini. Małe przygotowania do wejścia i zanurzamy się w jej korytarze. Po kilkunasty metrach znajdujemy się u podnóża komina, najbardziej charakterystycznego elementu tej jaskini. Komin z wylotem do nieba robi niesamowite wrażenie. A za niedługo spojrzymy w niego z góry. Dobre.



Kolej na cioranie się. Spod komina odchodzi wąski tunel do nikąd. Anwi zostaje na czatach a ja zapuszczam się wgłąb. Po kilku metrach względnego czołgania tunel zacieśnia się. Trzeba podjąć decyzję. Starczy czy pełzać dalej. Przywołuję w myślach najwęższe tunele z poprzednich jaskiń, przez które udało mi się przecisnąć. Ten na dalszym odcinku przede mną wydaje się węższy a więc trudniejszy i do tego zakręca. Mam czołówkę i dodatkową latarkę. Jest ok ale trochę zmęczyło mnie to przeciskanie. Muszę trochę odsapnąć. Nie zgadza się jedna rzecz z planem jaskini. Tunel jest w rzeczywistości dużo dłuższy niż na planie. Decyduję się wciskać dalej. Pokonuję parę metrów. Dalej jednak odpuszczam. Nie znam do końca swoich możliwości a i z powrotem trzeba powalczyć cofając się centymetr po centymetrze.


wąsko

Przechodzimy do większej, wysokiej sali. Oglądając jej sklepienie i ściany wypatrzyłem nietoperka.

Ten akurat za kryjówkę wybrał poziomą jamę w ścianie i śpi jak w łóżeczku. Czyżby odszczepieniec?


Nie mamy za dużo czasu na podziwianie jaskini. Przygotowujemy się do wyjścia małym otworem. Trzeba pokonać kilkanaście metrów niziutkiego, kamienistego korytarza. Idę pierwszy usuwając kamienie spod brzucha. I fotka na wyjście.



Teraz na górę, namierzyć wylot komina.


Schodząc z góry inną ścieżką do głównego otworu jaskini odkrywamy bardzo ciekawą bramę w skale. Drzewo pomaga w pokonaniu wysokiego progu. Nawet Anwi dała się przekonać, że jest to w stanie zrobić przy jakiejś tam asekuracji.



I to by było na tyle. Jaskinia bardzo fajna, oryginalna i chyba mało znana.
A ja z utęsknieniem wypatruję wiosny. Jeszcze tylko kochane Jakuszyce i za parę dni może nam nastać.


Już szukam pąków.
To lutowa tęsknota
Ogrzana słońcem.


(haiku - luty 2010)



Pierwsze, tegoroczne zawody - ZiMnaR Lubliniec 2011

Sobota, 26 lutego 2011 | dodano: 26.02.2011

Poczuć smak walki,
pokonać przedstartowy stres,
zmagać się z wysiłkowym bólem,
ćwiczyć koncentrację,
poprawić technikę,
sprawdzić formę,
porównać z zeszłorocznym startem,
...

spotkać przyjaciół,
poplotkować, pożartować, pośmiać się,
porywalizować,
odetchnąć z ulgą po,
dorzucić coś do wspomnień,
snuć kolejne plany,
...



krótkie rozciąganko


za chwilę zacznie się


i w las na pierwszą pętlę


Z Damianem (najlepszy z Zabieganych)


Z Anią (najlepsza z Zabieganek)


Z Tadkiem (najdzielniejszy z Zabieganych)



Tygodniowa, wiązanka melodii rowerowych

Piątek, 25 lutego 2011 | dodano: 27.02.2011

Auto już sprawne. Nowa rura wydechowa i tłumik. No i co z tego. Znowu przegrywa z rowerem.
Praca, praca i jeszcze kilka razy praca, trening na sali gimnastycznej, urząd skarbowy. Rześko, sucho, chce się kręcić.



Zabawa w speleologów - Jaskinia na Dupce

Sobota, 19 lutego 2011 | dodano: 20.02.2011

To już siódma jaskinia w tym roku. Sam się dziwię jak to nagle, dziwnie zaistniało. Jest kompatybilne z rowerem i wciąga coraz bardziej.

plan Jaskini na Dupce


Niepozorna, postrzępiona góra Dupka



a w niej dziursko całkiem, całkiem. To dopiero początek, pierwszy poziom jaskini ze światłem dziennym od otworów. Po obu stronach kanału (porównanie z kanałem samochodowym) poziome chodniki na przestrzał między dwoma otworami.
W dole kanału zaczyna się pochylnia usytuowana prostopadle do osi kanału

Schodzimy na kolejny, niższy poziom czyli na dno kanału. Jest tak zacisznie, widno i kolorowo (mieszanka jesienno zimowa), że oczy i pragnienie zatrzymują nas na kubek ciepłej herbaty z kanapką w bajecznej scenerii. Podziwiamy w górze oba rozświetlone otwory, skupiska sopli nad chodnikami i z zaciekawieniem spoglądamy wgłąb pochylni.

W kierunku większego otworu.


W kierunku mniejszego otworu.

Ruszamy ostrożnie dalej. Oby tylko nie zjechać po pochylni i nie zepchnąć kamieni na tego co jest niżej.


Wielka pochylnia głazowa zasypana na górnym odcinku liśćmi


W jaskini we dwójkę raźniej

Miłym zaskoczeniem jest wypatrzenie kilku nietoperków wciśniętych w dziury na suficie i ciem jaskiniowych. W kilku miejscach na ścianach charakterystyczne dla tej jaskini podłużne wyżłobienia jakby zrobione pazurami wielkiego gada.
To wszystko rozgrywa się w dosyć szerokiej pochylni. Pozostają jeszcze ślepe tunele na dnie jaskini.


Między głazami na dnie jaskini - niewinny początek pochyłego, ciasnego tunelu.

Szkic jaskini pokazywał dwa ślepe, kilkumetrowe, wąskie tunele odchodzące od dna jaskini. Wciskam się w ten dłuższy, zakręcony. Wszystko byłoby fajnie gdyby nie to, że i on jest pochylony do dołu. Przeciskam się głową w dół a z każdym metrem robi się nieciekawie. Wyciągnięty jak struna, głowa prawie metr poniżej stóp. Spora część ciężaru ciała spoczywa na rękach. Kurde, odbieram to jakbym robił pompki albo taczkę. Tego jeszcze nie przerabiałem. Jak pójdzie wycofywanie się tyłem pod górę? Lekki niepokój. Przede mną jeszcze z dwa metry spadku. Odpuszczam. Ważniejsze dać sobie radę z cofką.



Yacek miał rację, dobrze mieć giętkie plecy


Tu widać że "wielka pochylnia głazowa" to trafna nazwa


Czas wracać. Tym razem panie przodem


Widok z drugiego otworu


Nawiało kupę ... liści


Autofotka z anwi na wyjście


Wyszliśmy z Dupki tym mniejszym otworem



Tygodniowa, rowerowa wiązanka melodii ludowych

Piątek, 18 lutego 2011 | dodano: 20.02.2011

Urwana rura wydechowa, przepalona złączka giętka i dziurawy tłumik do wymiany.
Spoko, jest jeszcze rower.