krzara prowadzi tutaj blog rowerowy

krzara

I Mistrzostwa Europy w Biegu Pustynnym

Niedziela, 7 sierpnia 2011 | dodano: 09.08.2011

Bieg trudny. Zawody rozgrywano na Pustyni Siedleckiej. Ranga zawodów, bliskość miejsca zamieszkania i posiadane nazwisko mówiły mi, że powinienem w nich wystartować. Odważyłem się tylko na dychę. Doświadczenie z ubiegłego roku procentowało.

Sztajfy dały popalić.


I znowu pod górkę.


Padli.



Wytyczanie trasy wycieczki rowerowej Bartexu.

Sobota, 6 sierpnia 2011 | dodano: 08.08.2011

Zaproszenia rozesłane. Dwie bratnie firmy BARTEX i PFAHNL organizują 28 sierpnia wycieczkę rowerową dla swoich klientów wraz z rodzinami. Bartek, młody szef BARTEXU, mój serdeczny przyjaciel, powierzył mi wytyczenie trasy i poprowadzenie kilku-dziesięcio osobowej grupy rowerzystów.
Wykorzystuję tę sobotę na objazd trasy. W zadaniu tym pomaga mi nieoceniona Anwi.
Wycieczka ma się rozpocząć spod siedziby firmy, która mieści się na Sabinowie przy ulicy Żyznej.


No to startujemy. Jedziemy cały czas prosto ulicą Żyzną w kierunku Brzeziny - Kolonia.

2 km - skręt w lewo przy figurce Św. Józefa



6,5 km - Wrzosowa, wchodzimy na ślimaka nad trasą szybkiego ruchu (gierkówką).



Świetną, nowoczesną kładkę zwana ślimakiem pokonujemy na rowerze.


9 km - Korwinów, dojazd do stacji kolejowej.



9,5 km - szlakiem czarnym pieszym przez mostek na Warcie.



Urocze zakola Warty po obu stronach dróżki.



10,5 km - szlak prowadzi pod mostem kolejowym i zaraz za nim przecina niebieski rowerowy zwany potocznie Dębowcówką.



Wjeżdżamy na Dębowcówkę



15 km - zjeżdżamy z Dębowcówki napotkanym asfaltem w lewo obejrzeć miejsce dawnej kopalni rudy żelaza Dębowiec.



Brama kopalni Dębowiec przy hałdzie. Pozostały tylko dwa betonowe słupy.

Wracamy na Dębowcówkę, która doprowadzi nas do szybu wodnego kopalni.


21 km - pozostałości szybu wodnego



25 km - piaskownia pod Biskupicami. Quady, strzelnice, Paintball, bar.





W sąsiedztwie piaskowni leży docelowe miejsce wycieczki Agrozagroda HYPERLINK.
Atrakcje Zagrody podane na zaproszeniu.

Powrót

Wracamy zielonym pieszym przez Choroń.



Z Choronia asfaltem (nie rozpędzać się z górki!) pomarańczowym rowerowym (Szlk przełomu Warty) aż do Korwinowa.
Po drodze zatrzymujemy się przy zbiorowej mogile żołnierzy poległych 2-3 września 1939r.



Jadąc szlakiem Przełomu Warty napotykamy w lesie trzy oczka wodne, miejsca wypoczynku i kąpieli.
Z Korwinowa kierujemy się na ślimak nad trasą we Wrzosowej a dalej przez Brzeziny - Kolonię wracamy pod siedzibę Bartexu.

Całość trasy liczy 47 km w tym 30 km to drogi asfaltowe. Pozostałe 17 km to teren (na krótkich, trudniejszych, piaszczystych odcinkach można prowadzić rower).
Jedziemy tempem wolnym 10 - 15 km/godz.
Grupa trzyma się razem. Robimy kilka postojów w ciekawych miejscach.
Odradzam jazdę na kolarzówkach i na rowerkach dziecięcych.



Tera Orbita

Niedziela, 24 lipca 2011 | dodano: 25.07.2011

Start - 0:00
Meta - 22:50

Relacja?

Zapraszam na fotorelację, którą zamieściłem na Częstochowskim Forum Rowerowym
Tylko ostrzegam, że jest niezbyt krótka.


kochana bryka - nie zawiodła



Nocna jazda próbna - Tera Orbita

Niedziela, 17 lipca 2011 | dodano: 17.07.2011

Było nas pięciu:
- Gaber
- yoshimura
- Pietro1978
- ja
i księżyc w pełni

Test nocnego startu Tera Orbity.
Godzina - 0:00
Kręcimy po promieniu do Ostrołęki , tam 15 min przerwy i powrót do Czewki.
Noc bezchmurna, ciepła, bezwietrzna. Romantycznie. Bardzo mały ruch na drodze. Czasami oślepią jadący na długich.
O 4:00 w domu.

Obawiałem się tej próby. Nie jestem nocnym markiem i do tego o 15:00 startowałem z buta w VI Dysze Działoszyńskiej. No cóż, czasami trzeba brać jak leci. I tu kłania się moja miłość do adventurów.



Wytyczanie Tera Orbity - (cz III) od Lelowa do Lublińca.

Sobota, 9 lipca 2011 | dodano: 10.07.2011


Plakat Tera Orbity. Zrobiony na bazie zdjęcia, które udało mi się cyknąć z roweru na ubiegłorocznej Giga Orbicie.

Dzisiaj biorę pod lupę odcinek Lelów (śniadanie) - Lubliniec.
Ruszamy z Częstochowy w trójkę: Anwi, Gaber i ja.


Nas też czeka długie piłowanie. Piła do bloków kamiennych przed kościołem w Staromieściu.


Dzisiaj dało popalić. A jak będzie na TO?



Zabawa w speleologów - Jaskinie: Z Kominem, Jasna, Zegar, Psia.

Niedziela, 26 czerwca 2011 | dodano: 28.06.2011

Złocisty izotonik znika pomalutku z wysokich szklanic mających logo żywca. Musi starczyć na bitą godzinę czekania na pociąg do Częstochowy. Przyklejona do dworca w Zawierciu, całkiem schludna restauracja La Stazione przygarnęła nas użyczając swojego ciepła. Do domów zjedziemy dopiero przed północą . Rowery na widoku przed wejściem a my, dwie upaprane sieroty, rowerowe grotołajzy w kąciku lokalu by nie wyproszono nas z racji niezbyt stosownego wyglądu. Taka mieszanka robotnika budowlanego z zajechanym rowerzystą. Co rusz opuszczam powieki i popadam w jurajską melancholię odtwarzając sceny z dzisiejszego, jakże bogatego wyjazdu.
Zaliczyć jedną jaskinię, no góra dwie to rozumiem ale cztery to lekkie przegięcie.
Mętlik w głowie. Według jakiego klucza zapamiętać każdą? Sam otwór mimo, że charakterystyczny to za mało. Wyciągam odrysowane z ekranu kompa plany dzisiejszych jaskiń i próbuję zapamiętać układ korytarzy. Z Kominem, Jasna, Zegar, Psia, Na Biśniku…
Pierwszą, Z Kominem namierzyliśmy u podnóża drugiego ostańca za ruinami średniowiecznej strażnicy w Ryczowie.



Kierunek obrałem całkiem dobry natomiast wypatrzenie wąskiej szczeliny otworu ukrytego za załomem skalnym to już sukces anwi.



Opis mówi, że jest to jaskinia z ciasnymi, niskimi korytarzami. I tak było. Po kilkunastu metrach, na dzień dobry, chyba najciaśniejszy zacisk z tych co robiłem.

Kask musiałem sobie darować bo przeszkadzał. Wielkość zacisku równa się dwóm rozłożonym dłoniom.



Centymetr po centymetrze wciskam się w korytarz, głową na bok, ze skręconymi barkami i jedną ręką do przodu. Co chwila odpoczywam. Byle do szerszej komory kończącej korytarz. Na pewno tam da się zawrócić.
Jak się wlazło to musiało się i wyleźć.



Korytarz prawy nieco wyższy, miejscami do zrobienia na czworaka i tu towarzyszy mi anwi.


Często w jaskiniach mała kolumna służy za uchwyt.

Kierujemy się do charakterystycznego dla tej jaskini komina wznoszącego się na końcu korytarza. Cały czas czujemy przeciąg potwierdzający istnienie otworu przed nami. Jest i on, wysoki komin na 10m z wąską szczeliną na górze (nie do przebycia).



Jaskinia w miarę sucha z naciekami w kominie i jego najbliższym otoczeniu.
Jaskinia zaliczona. Dała popalić.



Pytające spojrzenie kelnerki mówi wszystko. Kolejny łyk złocistego izotoniku i cicha wymiana kilku zdań z anwi. Tę jaskinię będziemy pamiętać jako pełzanie na brzuchu lub na plecach z ambitnym dotarciem do komina.

Druga jaskinia dla odmiany to gigant. Mam na myśli Jaskinię Jasną w Skałach Zegarowych.
Dojechaliśmy do nich moim ulubionym czerwonym rowerowym. Leży na oznaczonym Szlaku Jaskiniowym. Olbrzymia sala z otworem na wylot góry, podparta na środku skalnym filarem.

Robi wrażenie swoją potęgą. Kilku alpinistów trenuje elementy wspinaczki nawet w jej wnętrzu.


Z ciekawością słuchają moich jaskiniowych przygód. Wprawdzie skromnych ale jaskiń to mi chyba zazdroszczą.


Kolejni, elegancko ubrani goście zawitali do lokalu. Trzy zgrabne kelnerki obsługują klientów. Wsuwam nogi z ubłoconymi butami głębiej pod stolik i po łyczku izotonika. Można było zostać w ogródku przed wejściem ale tu tak cieplutko. Zamykam oczy i przywołuję otwór i korytarze kolejnej jaskini. To Jaskinia Zegar.

No, ta jest wyjątkowa. Nie mieliśmy jej w planach bo pisali, że jest okratowana. Jakie miłe zaskoczenie! W kracie przepiłowano pręty i można do niej zajrzeć.

Ale zajrzeć to za mało. Być w Rzymie i papieża nie widzieć? To byłaby pierwsza jaskinia robiona bez znajomości planu. Idziesz a właściwie czołgasz się nie wiedząc co przed tobą. Od obszernej komory znajdującej się kilka metrów za kratą odchodzą dwa korytarze: w lewo i w prawo. Zaczynamy od lewego z łatwiejszym podejściem. Metr po metrze czołgając się brniemy w nieznane. Przekrój korytarza cały czas bardzo podobny. Szeroki na bary rosłego mężczyzny, wysoki na 40cm. Podłoże namulone, ubite, gładkie, sprzyjające pełzaniu. Kilka zakrętów i nagle światełko od wąskiej szczeliny na przodzie. Ta szczelina to jak się później okaże, drugi, chudy otwór jaskini, prawdopodobnie celowo zaklinowany głazami by uniemożliwić wejście. Ten otwór namierzymy później na zewnątrz. Powrót do dużej,20-metrowej komory z lejem utworzonym wskutek wybrania namuliska (do użyźniania okolicznych pól). Wspinając się po śliskim leju wchodzimy w drugi, krótszy i ślepy korytarz. Po powrocie do domu obejrzałem plan jaskini. Nie zauważyliśmy (może anioł nad nami czuwał), najciaśniejszego, środkowego korytarza z trzecim otworem i trzema bardzo trudnymi zaciskami. U wyjścia z jaskini pamiątkowa fotka z kratą.


Może coś państwu podać?
Dzięki, mamy zaraz pociąg.
Zaraz nie zaraz bo jeszcze z pół godzinki i zostajemy przy złocistym izotoniku. Kask i okulary na stoliku, plecaki pod stolikiem. Na pewno zapowiedzą nasz pociąg.
Iwonka wmawia mi, że zaliczyłem dodatkową jaskinię, którą nazwaliśmy liściastą. Szukając otworów wcisnąłem się kilka metrów w lisią jamę wyściełaną uschniętymi liśćmi.



Mógłbym brnąć jeszcze dalej ale nie ryzykowałem. Do zrobienia mieliśmy jeszcze Jaskinię Psią z ciekawie usytuowanym otworem w ścianie skalnej na wysokości 1 metra. Tu pieszy, typowy turysta nie zagląda. Samo namierzenie otworu jest bardzo proste. Leży przy uczęszczanej ścieżce prowadzącej na szczyt Biśnika.


Jaskinię tworzy meandrujący, wąski ale wysoki korytarz. W części przedniej jest on pocięty głębokimi szczelinami co przy mokrych kamieniach stwarza trochę trudności.



Podziwiam anwi, która dzielnie z odrobiną mojej asekuracji pokonuje wszystkie przeszkody i tytła się w błocie. Wychodząc z jaskini spotykamy pięcioosobową rodzinkę, której proponuję pokazanie pierwszych, łatwych partii jaskini. Są zachwyceni. Mieszkają 2 km od tego miejsca, wielokrotnie przechodzili obok otworu ale nigdy nie zaglądali do wnętrza. Jest i fotka, którą wyślę im mailem na pamiątkę.


Szklanice puste. Pięć minut do przyjazdu pociągu. Złocisty izotonik pomógł utrwalić dzisiejsze wrażenia. Ale tu trzeba wrócić. Pozostały jeszcze jaskinie…



Erzac zamiast Salmopolu.

Sobota, 25 czerwca 2011 | dodano: 27.06.2011

Wyjazd do Bielska Białej z Pawłem nie wypalił. Miały być Salmopol i Kubalonka. Może i dobrze. Na pewno zajechałbym się na góralu przy jego szosówce.
Ale skoro nastawiony byłem bojowo więc postanowiłem wyskoczyć na asfalty Jury. Tam też jest trochę górek. Samotnie walczyłem na stu kilometrowej pętli:
Częstochowa, Srocko, Olsztyn, Janów, Bystrzanowice Dwór, Niegowa, Gorzków, Złoty Potok, Olsztyn, Kusięta, Częstochowa.
Początek chyba za ostro:
Częstochowa - Olsztyn 20,2km 42:20 Vśr 28,5
Częstochowa - Janów 33,5km 1:06:40 Vśr 30,1

W Gorzkowie doganiam dwóch młodzików. Też na góralach. Idą ostro. Dopiero na dłuższym podjeździe dają się wyprzedzić. Deszcz psuje zabawę. Bartek i Krzysiek odbijają w Złotym Potoku w Aleję Klonową. Ja asfaltem kieruję się na Olsztyn.
Przemoczony, zmarznięty łapię skurcze w obu nogach. Na szczęście tuż przed domem.
Zajechałem się.
Dane wyjazdu:
103km
Vśr 25,9
Vmax 64,5

Chłopaki nieźle Wam szło.



Tydzień z masą.

Piątek, 24 czerwca 2011 | dodano: 27.06.2011


Nasza masowa riksza.



Z Przemo2 i Gaberem na 64 Częstochowskiej Masie Krytycznej.


Z Tete.



Zabawa w speleologów - Jaskinia w Straszykowej Górze

Niedziela, 19 czerwca 2011 | dodano: 19.06.2011

plan jaskini
Oj przydałoby się nowe wydanie kultowej książki Szelerewicza „Jaskinie Wyżyny Krakowsko-Wieluńskiej”, uzupełnione o najnowsze odkrycia i badania. To z 1986 roku już nie wystarcza. Dobrze, że w Internecie można znaleźć aktualniejsze opisy i mapy jaskiń. Dzisiejsza wycieczka to potwierdzenie tych wynurzeń. Przygotowując się do penetrowania Jaskini w Straszykowej Górze zacząłem od obowiązkowej lektury Szelerewicza. No cóż jaskinia obszerna, łatwa, i krótka bo tylko 52m.
Dwa otwory i komin. Nic specjalnego. A w Internecie… - długość jaskini 150m, głębokość 21m, zacisk, meandrujący korytarz, jedna z piękniejszych na Jurze. No…, toto już kusi.


Znak rozpoznawczy - betonowy słup na Straszykowej Górze

W 1984 roku jakiś farciarz znalazł przebicie do stu metrowego, meandrującego korytarza. I to jakiego! Płynąca rzeka wyżłobiła cudeńko. W pierwszej partii korytarza ściany po obu stronach od podłoża po sufit mają poziome wypłukania warstw skały wapiennej. Misterna robota matki natury. W dalszych partiach pojawia się więcej nacieków. Jaskinia jest mokra z drobnymi stalagmitami na sufitach i błotnistym namuliskiem na podłożu. Alpinista, którego spotkaliśmy w pobliżu Góry Straszakowej zdziwił się gdy pytaliśmy go o drogę do jaskini. No chyba nie wejdziecie do niej bez jakichś roboczych gaci. Tam zjeżdża się na dupie i plecach po mokrej glinie. Tu mile go zaskoczyliśmy. W plecakach mieliśmy i robocze gacie i kurtki oraz plan jaskini. Przydałyby się jeszcze robocze buty. Niestety będziemy musieli ufajdać nasze SPDy. Dzięki wskazówkom alpinisty ale i trochę na wyczucie dość szybko znajdujemy się pod wielkim otworem jaskini. Wykrzyczana i wyśpiewana radość (bo samo poszukiwanie otworu ma posmak polowania) i wyrywanie sobie nawzajem aparatu by nawet w długie, zimowe wieczory rozkoszować się wspomnieniami upolowania pięknej zdobyczy, stają się rytuałem.


Główny otwór Jaskini.


Przy głównym otworze jaskini.

Rowery i plecaki maskujemy w pobliskich krzakach i zanurzamy się na dwie godziny w otchłanie jaskini.


Początkowa, jasna, obszerna część jaskini. Widać otwór główny (po lewej) i otwór prowadzący na balkon (po prawej).

Anwi na balkonie jaskini.


W dole po lewej zacisk prowadzący do meandrującego korytarza.


Atakuję zacisk. Nogami do przodu i na plecach. Za zaciskiem kilkumetrowa pochyłość.


Idąc korytarzem.


Pani speleolog w akcji.


Polewy.


Autofotka w skalnej ramce.


Końcowe, wygładzone partie korytarza.


Wracamy - panie przodem.

Na powierzchnię wychodzę trzymetrowym kominem.

Nad kominem jaskini.

Dzień długi, więc można pomyśleć o kolejnych miejscach do zwiedzania tym bardziej, że licznik wskazuje dopiero 30km i nogi chcą kręcić. Dzisiaj rower uzbroiłem w terenowe opony co bardzo przydało się na piaszczystych, zakorzenionych i kamienistych leśnych dróżkach, ale i głośny szum gum na asfalcie jest miłą melodią dla ucha. Wybór pada na Smoleń z malowniczymi ruinami zamku.



Teraz Pilica z pałacem, fortyfikacjami i aleją wielogatunkową.


Niestety tu wyczerpały się baterie. Dobrze, że tylko w aparacie. Bierzemy kierunek na Zawiercie, na stację kolejową. Po drodze na odpuście pod kościołem w Gieble zakupuję na straganie niegdysiejsze dopalacze czyli obwarzanki. Smak dzieciństwa. Bo to raz mama kupowała nam je abyśmy mieli siłę wrócić do domu z kościoła?
Nanizane na nitkę i przedzielone kolorowymi kokardkami z bibuły, smakują jak dawniej. Jeden dla Iwony, drugi dla mnie, sprawiedliwie. Po dwa znikają na kolejnych postojach. Reszta przepisowo dynda na szyi.
Przed nami gromadzą się ciemne chmury. Myszków (błąd w nawigacji i z Zawiercia zrobił się Myszków) wita nas burzą.

wpis anwi



Proszę wycieczki...

Sobota, 11 czerwca 2011 | dodano: 12.06.2011

Tu się buduje a tu się wali, proszę wycieczki jedziemy dali.

Kolejny raz Anwi podrzuca temat wyjazdu. Wprawiony w organizowaniu wycieczek Bugs zaproponował na forum prawie 70 kilometrową wycieczkę krajoznawczą między Olesnem a Kluczborkiem.
Mama nie dała na pociąg więc kręcę raźno od piątej rano na zbiórkę, na godz 7:00 przed dworcem PKP w Oleśnie. Pomyślałem, że skoro dojazd pociągiem zająłby mi prawie tyle samo czasu co rowerem więc więcej radochy zrobi mi ranna, 60 kilometrowa czasówka. Jak pomyślałem tak też i zrobiłem. Potem zostało tylko poddać się owczemu pędowi wycieczki, rozglądać się gdzie i co się buduje, gdzie i co stoi lub się wali a jak nadworny fotograf pozwoli sfocić coś kupa mięci. Bugs robi za przewodnika, ma wszystko obcykane a dla urozmaicenia połowę trasy prowadzi terenem.
O boże ileż tu kościołów. Prawie każda mieścina ma swój drewniany a co niektóre dorobiły się drugiego, murowanego, postawionego obok.
Jako, że to sobota w każdym kościółku grafikowe sprzątanie. Trochę przeszkadzamy paniom wywijającym miotłami i ścierkami ale zajrzeć tu i tam to nasza misja.

Wachów - kościółek drewniany.


Wędrynia - pałac w restauracji.


Wędrynia - budynki przypałacowe (1903r)


Wędrynia - kościółek z za płotu.


Sprzęt ppoż.


Bugs robi za przewodnika.


Lasowice Małe - kościół ewangelicki.


Pic na wodę, fotomontaż.


Chocianowice - w głębi za drzewami kościół murowany.


Bogdańczowice - pałac (obecnie internat).


Stare Olesno - jeziorko z plażą.


Olesno - kościół drewniany z 1444r.


a za ołtarzem pamiątkowa, zabudowana,czcigodna sosna.